READING

Niebywale miła podróż do Niebywalencji.

Niebywale miła podróż do Niebywalencji.

Jeremi Przybora – libretto i teksty piosenek, Janusz Stokłosa – muzyka, Janusz Józefowicz – reżyseria i scenografia. Te nazwiska mówią same za siebie, czy można chcieć więcej od musicalu autorstwa tych trzech twórców? Nie trzeba, ale będzie się miło zaskoczonym, uczestnicząc w tak zachwycającym widowisku, jakim jest „Piotruś Pan” w Teatrze Studio Buffo.

Spektakl zdumiewa od pierwszych minut, otwierając się pełną rozmachu sceną wkraczających z pochodniami Indian. Każda scena niesie ze sobą kolejny efekt zaskoczenia, a kiedy jesteśmy już pełni zachwytu, czeka nas następna zapierająca dech. Obada jest bardzo liczna – oprócz charyzmatycznego Piotrusia Pana są jeszcze wszyscy jego przyjaciele, pięknie śpiewająca Wendy i jej bracia. Zobaczymy ich wszystkich przefruwających nad naszymi głowami! Dodajmy tłum tańczących i śpiewających Indian w bajecznych strojach na czele z córką wodza w zabawnej i zapadającej w pamięć roli.  Wygimnastykowanych piratów wspinających się pod sam dach sceny, wśród których wiedzie prym Kapitan Hak i tylko nieliczni dostrzegą pod jego bogatym kostiumem  aktora w podwójnej roli. Wszyscy aktorzy niejednokrotnie wychodzą do widowni, więc rezerwując bilety warto zatroszczyć się o miejsca bliżej przejść, żeby móc z bliska podziwiać starannie dobrane charakteryzację, garderobę i makijaże.

Przedstawienie, przygotowane oryginalnie na deski warszawskiego teatru Roma, traci nieco ze swego spektakularnego rozmachu na mniejszej scenie Buffo, niemniej scenografia intryguje pomysłowością i rozwiązaniami. Jest i pokoik w domu Państwa Darling, z którego okna dzieci wyfruwają za Piotrusiem Panem, jest i piracki statek z wesołą i trochę straszną, podchmieloną załogą kapitana Haka, żywy pies, krokodyl (sztuczny), obrotowa wyspa z palmami, pływające łódki i całkiem spora część pirackiego statku. Każdy zakątek sceny został skrupulatnie wykorzystany.

W tej inscenizacji „Piotrusia Pana” dziecko jest najistotniejsze. Jemu jest przyporządkowana cała akcja i fabuła, to ono znajduje się w centrum spektaklu, gdzie dorośli aktorzy są tylko tłem dla emocji i zmagań dziecięcych postaci. Podkreślone są uczucia dzieci, relacje pomiędzy Piotrusiem Panem a Wendy. Wiele decyzji dotyczących swojego życia dzieci podejmują samodzielnie. Same wyfruną z domu, dosłownie i w przenośni, aby potem chcieć powrócić w ramiona rodziców.

Mówiąc, że dziecko jest najważniejsze, mam na myśli nie tylko utalentowanych dziecięcych bohaterów, którzy przez dwie godziny żywiołowo prowadzą akcję, ale i małych widzów. Mimo dość skomplikowanej fabuły i niełatwego tekstu (zmiana planów akcji, przenosiny i powrót do Niebywalencji, Wendy jako dziecko i dorosła) nawet mniejsze dzieci mogą zrozumieć przebieg akcji. To dla nich przede wszystkim, ich spontanicznych okrzyków, szeroko otwartych oczu i kręcących się we wszystkie strony główek wszystkie te przygotowania, cała profesjonalna praca i inscenizacja.

Nie znałam Jeremiego Przybory od strony tekstów pisanych dla dzieci. Ponoć najtrudniej pisać jest właśnie dla nich, bo dzieci wyczuwają najmniejszą nutkę fałszu. Tutaj jej nie znajdą, a wysmakowane i ujmujące teksty, wybrzmiewające charakterystycznym stylem autora, są ucztą literacką dla dorosłych. Poeta co i rusz puszcza w nich „oko” do starszych widzów, choć czasem w dość kontrowersyjny sposób. Z kolei wzruszająca jest finałowa scena z Nataszą Urbańską, podczas której wizerunek Jeremiego Przybory zmarłego w 2004 roku, jest wyświetlany na scenie. Wówczas można odpowiedzieć dzieciom na pytanie: „A kto to ten pan”?

To wszystko sprawia, że musical „Piotruś Pan” w Buffo to z pewnością najefektowniejsze przedstawienie dla dzieci (tych małych i tych, którym została w sercu, choć odrobina z Piotrusia Pana) w stolicy!

Do Niebywalencji dałam się porwać z przyjemnością, za co dziękuję Teatrowi Studio Buffo!

zdjęcia: teatr studio Buffo


RELATED POST

COMMENTS ARE OFF THIS POST